Weź swój krzyż i idź za mną

30 sierpnia 2026

Dzisiejsza Ewangelia mówi o tym, żeby wziąć swój krzyż i iść za Jezusem. I szczerze mówiąc, kiedy słyszę słowo „krzyż”, od razu kojarzy mi się ono z czymś ciężkim, trudnym i takim, czego raczej nikt nie chciałby mieć. Ale przecież każdy z nas ma w życiu jakieś swoje małe i większe krzyże. Czasami jest to problem, z którym nie wiemy, co zrobić. Czasami kłótnia z kimś, kto jest dla nas ważny. Czasami rozczarowanie, coś, co nie wyszło tak, jak chcieliśmy, albo po prostu taki okres, kiedy mamy wszystkiego trochę za dużo.

Wtedy łatwo jest pomyśleć: „Dlaczego akurat ja?”, „Czemu Bóg na to pozwala?” albo „Mam już tego dosyć”. Właśnie w takich momentach najbardziej potrzebuję Boga. Nie tylko wtedy, kiedy wszystko jest dobrze i mam dobry humor, ale szczególnie wtedy, kiedy naprawdę nie wiem, co dalej. Podoba mi się to, że Jezus nie mówi, że jeśli pójdę za Nim, to moje życie będzie nagle idealne. Nie obiecuje, że nie będę miała problemów. Mówi za to, żeby wziąć swój krzyż i iść za Nim. Czyli nawet jeśli jest ciężko, nie muszę przechodzić przez to sama. Czasami chciałabym, żeby Bóg po prostu zabrał wszystkie problemy. Żeby coś się od razu naprawiło, żebym dostała odpowiedź na każde pytanie i wiedziała dokładnie, co mam zrobić. Ale nie zawsze tak jest. Czasami odpowiedź nie przychodzi od razu. Czasami trzeba po prostu zrobić kolejny krok i zaufać. I to jest chyba najtrudniejsze — zaufać wtedy, kiedy nie widzę jeszcze, dokąd ta droga prowadzi.

Piotr też nie rozumiał tego, co Jezus mówił o swojej męce. Chciał Go ochronić, bo po ludzku wydawało mu się, że przecież tak nie powinno być. I trochę go rozumiem. My też często chcemy, żeby wszystko było po naszemu. Chcemy mieć spokojne życie, konkretne odpowiedzi i najlepiej żadnych problemów. Ale może nie wszystko musi wyglądać dokładnie tak, jak sobie zaplanowałam. Może czasami Bóg prowadzi mnie drogą, której sama bym nie wybrała, ale która czegoś mnie uczy. Może przez trudne sytuacje uczę się cierpliwości, odwagi, przebaczania albo po prostu większego zaufania.

Nie chodzi o to, że mam się cieszyć z każdego problemu. Nie. Jeśli coś mnie boli albo jest mi ciężko, mogę powiedzieć Bogu wprost: „Nie podoba mi się to. Nie rozumiem tego. Jest mi trudno”. Przecież modlitwa nie musi być zawsze idealna i pięknie ułożona. Mogę po prostu z Nim pogadać. Mogę powiedzieć: „Boże, nie wiem, co mam teraz zrobić, ale proszę, zostań ze mną”.

Na tym polega branie swojego krzyża. Nie na tym, że mam być cały czas silna i udawać, że wszystko jest okej. Tylko na tym, że nawet kiedy jest źle, nie rezygnuję z Boga. Bo przecież wiara nie jest tylko na dobre dni. Chciałabym więc dzisiaj pamiętać, że nie muszę mieć wszystkiego ogarniętego. Nie muszę znać odpowiedzi na wszystkie pytania. Nie muszę wiedzieć, co wydarzy się za miesiąc czy za rok. Wystarczy, że zrobię kolejny krok. I jeśli będzie ciężko, mogę powiedzieć Bogu: „Nie wiem, dokąd mnie prowadzisz, ale idę z Tobą”. Może właśnie tego Jezus chce mnie dzisiaj nauczyć — że nie zawsze będzie łatwo, ale nigdy nie muszę iść sama.